Dienstag, 18. März 2014

Pokaż język (niemiecki)!


Przez pół dnia, które spędzam poza domem, posługuję się językiem niemieckim. Przylgnęła do niego łatka języka twardego i sztywnego, któremu daleko choćby do francuskiego („języka miłości”), melodyjnego portugalskiego czy żywiołowego włoskiego.


A nie mówiłam? ;)

Źródło: Facebook

Łatwo w sieci na filmiki i obrazki, które konfrontują wybrane niemieckie słowa z wyrazami w innych językach - naturalnie na niekorzyść tych pierwszych (np. WhyGerman is Scary lub German Language Compared to other Languages). Sztandarowy przykład to, jakżeby inaczej, Schmetterling (motyl), który w ustach prawdziwego Niemca brzmi całkiem normalnie i melodyjnie (tu można posłuchać jak), natomiast w klipie jest karykaturalnie wyszczekany. I... trochę mnie to boli, bo niemiecki lubię i szanuję! :)



Źródło: YouTube



 Niemiecki - nie taki twardy, jak go wymawiają


Oczywiście, obrazki i filmiki te nie są one pomyślane serio, ale... nie mogę się oprzeć wrażeniu, że stereotypowe myślenie o niemieckim opiera się w większości na scenach zapamiętanych z filmów o II wojnie światowej i wykrzykiwanych tam przez nazistów (granych zresztą z  reguły przez nie-Niemców) komendach.

Jako osoba obdarzona dość dobrym słuchem muzycznym uważam, że z niemieckim jest  wcale tak źle! Dla mnie brzmi całkiem w porządku i lubię go słuchać.

Każda z nacji posługujących się niemieckim jako obcym ma swoje charakterystyczne naleciałości i problemy z wymową i akcentem tego języka. Już po krótkim czasie łatwo rozpoznać, kto skąd pochodzi i jaki jest jego język ojczysty. Niektóre obce akcenty są uważane za część społeczeństwa za bardziej atrakcyjne, inne za mniej. Przykładowo, akcent francuski  postrzegany jest jako niesamowicie erotyczny. Jak brzmi, można zobaczyć np. w tym klipie. Miałam okazję być na występie Mademoiselle Mirabelle. Moim zdaniem był mocno średni, ale wszyscy moi niemieccy znajomi byli zachwyceni samą możliwością posłuchania jej! Wiele stacji radiowych ma też swojego "dyżurnego" Anglika, który po niemiecku objaśnia i tłumaczy teksty angielskich piosenek. Reklamy meblowej sieciówki ze Szwecji obsługuje pan ze szwedzkim akcentem. Ze swoim programem na temat zawiłości języka niemieckiego jeździ po kraju rodowity Amerykanin, David Bergmann - tutejszy odpowiednik polskiego Steffena Möllera (Der, die, was? Ein Amerikaner im Sprachlabyrinth).

W ustach niektórych obcokrajowców, a do grupy tej zaliczają się moim zdaniem także Polacy, niemiecki może brzmieć strasznie twardo. Ja mówię na to: „kwadratowo”. Niestety na większości kursów językowych, że o szkolnictwie państwowym nie wspomnę (mam tu na myśli kursy niemieckiego jako obcego po obu stronach Odry), szlifowanie wymowy, akcentu i intonacji pozostaje na szarym końcu listy priorytetów.  Co gorsza, z podstawowymi błędami i złymi nawykami w tej kwestii spotykam się też często wśród polskich (i nie tylko) absolwentów germanistyki (!) - i tak kółko się zamyka. W moim mieście (ponad 100.000 mieszkańców) kurs skupiony na wymowie i akcencie oferuje zaledwie jedna prywatna szkoła językowa - w dodatku na specjalne życzenie, poza standardową ofertą.

  
Źródło: Internet


 Niemiecki - łatwy czy trudny?


Myślę, że nauka niemieckiego dla Polaka nie jest aż takim problemem (naturalnie zależy to także od osobistych predyspozycji), ponieważ oba języki są do siebie na wielu płaszczyznach podobne, np. w kwestii przypadków, ogólnej kategorii rodzaju gramatycznego czy choćby przysłów.

Są jednak rzeczy, z którymi Polacy mogą mieć duży kłopot. Listę przebojów otwierają na pewno rodzajniki określone i nieokreślone (der/die/das itd.), których w polszczyźnie brak. Nie ma zmiłuj, trzeba je wykuć na pamięć, bo tylko niektóre pokrywają się z rodzajem gramatycznym rzeczowników polskich (np. małpa/Affe jest w niemieckim rodzaju męskiego, w polskim żeńskiego); nie brakuje też fałszywych przyjaciół. Jeden z moich kursantów, Syryjczyk, stwierdził wręcz, że „Life is too short to learn der, die, das” i w sumie miał rację, bo nawet ludziom mieszkającym od kilkudziesięciu lat w Niemczech zdarzają się pomyłki. Znam osoby, które dla ułatwienia sobie sprawy rodzajników nie używają, co jest olbrzymim błędem. Jeden z niemieckich komików tureckiego pochodzenia proponował w swoim show formę   jako sprytny wybieg dla uniknięcia der/die/das (d´ Affe), ale to też nie zmienia faktu, że rodzajniki trzeba znać.

Na drugim miejscu wśród typowo polskich problemów wymieniłabym szyk zdania, który niestety nie jest tak swobodny jak w polszczyźnie - czasownik często ląduje na końcu.

Na trzecim plasuje się według mnie akcent i wymowa, a w szczególności niemieckie „ch”, które wielu Polaków wymawia błędnie jako „ś”, zróżnicowanie na samogłoski krótkie i długie, którego w polszczyźnie brak. To też jeden z powodów, dla których niemiecki w ustach wielu naszych krajan brzmi tak twardo. Dorzucę jeszcze do tego Umlaut (przegłos, tj. ä, ö, ü).



 Samotność w lesie po niemiecku da wyrazić się jednym słowem.

 Źródło: Internet



Niemiecki - za co go lubię?

Bardzo podobają mi się w niemieckim ogromne możliwości słowotwórcze. Charakterystyczne są rzeczowniki złożone z dwóch lub więcej słów, które tworzą jedną zbitkę pojęciową, czasami niezwiązaną treściowo z wyrazami, które je tworzą. Trudno je przetłumaczyć na polski jednym określeniem - zazwyczaj trzeba posłużyć się minimum dwoma bądź też dłuższym opisem.

Mam na myśli takie słowa jak np. Ferienwohnung (Ferien - wakacje, Wohnung - mieszkanie; mieszkanie wynajmowane turystom na okres wakacyjno-urlopowy), Schmierzettel (schmieren - bazgrać, Zettel - kartka; kartka do pisania na brudno; mój Mąż przetłumaczył ją jako „bazgratkę”), Kabelsalat (dosłownie „sałatka z kabli”, czyli plątanina kabli), Stammtisch (stół w lokalu, przy którym spotykają się stali bywalcy, spotkania określonej grupy o stałej porze) czy Adiletten (Adidas + Pantoletten - lacie; klapki Adidasa).


Panowie w Adiletten

Źródło: Internet
 

Moje ulubione złożenia są, jak na rasową kociarę przystało, związane z  kotem: Stubentiger (Stube - pokój, Tiger - tygrys), Samtpfote (Samt - aksamit, Pfote - łapa) i Naschkatze (naschen - łasować, Katze - kot; znaczenie: łasuch).


Źródło: http://www.mathieuwrack.de


Ta cecha niemczyzny obrosła już zresztą legendą, wystarczy przypomnieć choćby znany skecz Waldemara Malickiego (do obejrzenia tutaj).

Niemiecki odpowiednik naszej "Konstantynopolitańczykiewiczówny" to  Donaudampfschiffahrtselektrizitätenhauptbetriebswerkbauunterbeamtengesellschaft (nawiasem mówiąc sztuczny twór) czy faktycznie istniejące słowo Rindfleischetikettierungsüberwachungsaufgabenübertragungsgesetz.


Źródło: YouTube

Złożenia są bardzo, ale to bardzo praktyczne i tworzą niemalże nieograniczone pole do popisu dla zabaw językowych. Przykładowo, wredną teściową (Schwiegermutter) można określić mianem Schwiegermonster (Monster - potwór). Jeszcze gorzej jest, jeśli ma Putzfimmel (putzen - sprzątać, Fimmel - bzik) i do tego jest Morgenmuffel (Morgen - poranek, Muffel - zrzęda). ;)


Tłumacząc niemieckie złożenia można łatwo wpaść w pułapkę, co ilustruje powyższe zdjęcie. Znacie "ozdobną żmiję napowietrzną"? Nie? Kryje się za nią słowo Luftschlange, czyli... serpentyna. Wpadka tłumacza!

Fot. Polschland



Przy wybiegu dla kur zastałam takie oto słowa:
Proszę nie otwierać furtki. Serdeczne kurze podziękowanie (jedno słowo: Hennendankeschön).

 Fot. Polschland



Maskotka dla dzieci z zamkiem błyskawicznym w paszczy. Swoje smuteczki można zapisać na kartce i dać jej na pożarcie. Oto Sorgenfresser - Pożeracz Zmartwień.

Fot. Polschland 



Gra słów: Maul (pysk) i Taschen (torby) odwołuje się do sztandarowego szwabskiego dania - Maultaschen, przypominającego nasze pierogi.

 Fot. Polschland


Moim ulubionym niemieckim słowem jest Leckerli, które oznacza przysmaczek. A także inne z końcówką -i, np. Schoki (czekoladka) i Fleischi (mięsko) czy nazwy miejscowości typu Schwendi, Leibi. Zabawnie brzmią też wyrazy z połączeniem spółgłosek „pf”, których w polszczyźnie brak, np. Rumpf (tułów), mampfen (pałaszować), Pfropf (czop). A także "tz", np. schmatzen (mlaskać) lub Mumpitz (bzdury; czyt. mumpic).


... gepfropft... 

Fot. Polschland

Uśmiech na mojej twarzy wywołują niezmiennie wyrażenia takie jak: Rambazamba (czyt. rambacamba), Halligalli, Tohuwabohu (rozgardiasz), Larifari (bzdury), Fisimatenten (wykręty) czy etepetete (etepetete sein - coś w rodzaju „być ą, ę”), Krimskrams (rupiecie), Wischiwaschi (czyt. wisziwaszi), Schnickschnack (gadanina, duperele; czyt. szniksznak) oraz Dingsbums - słowo uniwersalne, zastępujące to, którego nazwy nie znamy lub zapomnieliśmy; „to coś”. 



Leckerli to go

Źródło: Internet


Hochdeutsch i szwabski w jednym stali domu...

W regionie, w którym mieszkam, używa się Hochdeutsch (ogólnoniemieckiego) i jego dialektalnej odmiany - szwabskiego (Schwäbisch).

Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja dialektów i gwar jest inna niż w Polsce, gdzie przez większą część społeczeństwa postrzegane są jako zjawisko folklorystyczno-ludowo-wystydliwe bądź śmieszne, przyprawiające mówiącemu etykietkę „wiejskości” i braku obycia (wiem, co mówię - jestem z Górnego Śląska). Tu nie ma z tym żadnego problemu. Zresztą o "wiejskości" trudno mówić, bo dialektem i gwarą mówią nawet mieszkańcy największych miast. Posługiwanie się gwarą lub niemieckim z silnym regionalnym akcentem jest normalne - także poza obrębem własnego terenu zamieszkania. Co więcej - w sytuacjach oficjalnych, w mediach itp. także.



Mówienie po szwabsku jest cool!

Żródło: Internet


Oczywiście w szkołach lekcje prowadzone są w Hochdeutsch, ale nauczyciele często mówią z właściwym dla swojego dialektu akcentem, używają regionalizmów. Ba! Spotkać się można z tym nawet u wykładowców uniwersyteckich, którzy wplatają gwarę w tok swojego wywodu, a także w kościołach. Dla mnie to sytuacja godna pozazdroszczenia.



Po lewej książeczka w wersji Hochdeutsch, po prawej po szwabsku.

Foto: Polschland


Naturalnie, kiedy spotykam Szwaba z krwi i kości, który mówi do mnie stuprocentowym szwabskim, mam problem i najczęściej tylko potakuję, próbując domyślić się z kontekstu o co chodzi. ;) Mimo wszystko uważam to jednak za sympatyczne i potrafię już bez problemu rozpoznać wśród grupy niemieckich turystów w Polsce tych, którzy pochodzą z mojej okolicy. Robi mi się wtedy bardzo miło.






U góry: "Umiem wszystko. Oprócz szwabskiego". Trawestacja hasła reklamującego mój Land, Badenię-Wirtembergię: "Umiemy wszystko. Oprócz Hochdeutsch".

Źródło: Internet


Charakterystyczną cechą szwabskiego są m.in.: „sz” (w piśmie „sch”) w miejscu ogólnoniemieckiego „st” (np. mówi się isz zamiast ist; jest), inne rodzajniki niektórych wyrazów (np. der Butter, a nie die Butter; masło), dodawana do rzeczowników końcówka -le (jak u Äffle und Pferdle, czyli u Affe/małpy i Pferd/konia, postaci z tutejszej kreskówki), powiedzonka Haidenai! (A niech to!), Ha noi! (W żadnym razie!), A wa! (Ach jej!).

Pamiętam, jak zachodziłam w głowę, o jakiej Hannie mowa (dô hanna oznacza „tutaj”), o co chodzi z tym schaffen („Czy ktoś coś stworzył?!”; schaffen w ogólnoniemieckim znaczy właśnie to, jak również „poradzić sobie z czymś”, tu z kolei - „pracować”).

Do dziś mam niezłą zagwostkę, kiedy ktoś wyznacza jakiś termin na vierdl drei (3) czy dreivierdl fünf (5). Viertel oznacza 15 minut, ale w pierwszym przypadku wcale nie chodzi o kwadrans po trzeciej, tylko o kwadrans po drugiej, a w drugim przypadku - o za kwadrans piąta. Skomplikowane!


Szwabskie ikony - Äffle und Pferdle

Źródło: Internet

Ja posługuję się Hochdeutsch i na palcach jednej ręki mogłabym wyliczyć słowa czy przyzwyczajenia przejęte ze szwabskiego. Jest to np. bardzo praktyczne wtrącenie Gell? (czyż nie, nieprawdaż?), którego jednak próbuję nie nadużywać, z różnym skutkiem.

Dlaczego staram się unikać szwabskiego? Już wyjaśniam. Nagminnie spotykam osoby spoza Niemiec, dla których niemiecki jest językiem obcym, a które próbują mówić dialektem. Niektóre dlatego, że nie ukończyły żadnego kursu językowego i języka uczyły się poprzez kontakt z otoczeniem mówiącym po szwabsku. Inne na zasadzie: "Tak dobrze już mówię po niemiecku, że nawet i dialekt znam" albo "Oto, jak bardzo się zasymilowałem/łam". To kuriozalne, bo często popełniają najbardziej podstawowe błędy gramatyczne (np. w rodzajnikach czy odmianie wyrazów), na ich „dialekt” nakładają się naleciałości z rodzimego języka i swoisty akcent. Wychodzi z tego iście wybuchowa i trudna do zrozumienia mieszanka... Priorytetem jest według mnie jak najpoprawniejsze posługiwanie się Hochdeutsch, a dialekt, jeśli już, to taka okazjonalna wisienka na torcie.


Tłumaczenie ze szwabskiego na Hochdeutsch w jednej z gazet. Nie dosłowne, raczej humorystyczne.

Foto: Polschland


 A u nas, na Zachodzie, bez zmian


Jestem w o tyle dogodnej sytuacji, że w domu posługuję się niemal wyłącznie językiem polskim (polszczyzną ogólną, żeby było precyzyjniej). Mój Mąż jest idealnie dwujęzyczny i w rozmowach ze mną i z rodziną nie ma problemu, żeby przestawić się na polski. Wyjątkiem są momenty, kiedy chcemy kogoś zacytować, przeczytać jakiś fragment niemieckiego tekstu oraz mamy gości, którzy mówią po polsku bardzo słabo lub wcale.

Bardzo dbamy o czystość naszego języka - nic nie razi nas bardziej, jak plątanina obu języków w ramach jednej wypowiedzi albo kalki językowe. Na autentycznie zasłyszane zdania typu: "Chcesz laksa?" (Lachs - łosoś; czyt. laks), "On jest bardzo frechowny" (frech - bezczelny), "Tu pachnie na kawę" (kalka z niemieckiego es riecht nach - pachnieć czymś, dosłownie: „na coś”), "Möchtest du sukienka anziehen?" (Chcesz założyć sukienkę?) - reagujemy wręcz alergicznie! Osobom znającym niemieckie realia to na pewno znane. Wśród starszej i, co gorsza, młodszej emigracji spotyka się to nagminnie. Jest na to nawet stosowne określenie: Polnisch schon vergessen, Deutsch noch nicht gelernt - „Po polsku już się zapomniało, po niemiecku jeszcze się nie nauczyło”. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale nie mam odwagi zwrócić uwagi osobom tak mówiącym, nawet z kręgu własnej rodziny czy znajomych.


Językowy miszmasz masz?


Kiedyś znajoma próbowała mnie przekonać, że inczej się nie da (tj. bez mieszania języków), że sama zobaczę, jak to jest. Nie zgadzam się z tym - uważam, że wszystko jest kwestią samodyscypliny. Znam osoby, które w Polsce nie przemieszkały ani jednego dnia, a mimo to posługują się piękną polszczyzną. 

Można powiedzieć, że pilnujemy się z Mężem (i z niektórymi znajomymi o podobnej "wrażliwości") nawzajem. Jeśli zdarzy nam się nieuzasadniona pożyczka z niemieckiego albo błąd w polskim, poprawiamy się, a w spornych przypadkach zdarza się nam nawet zaglądać do słownika.

Staramy się, żeby w naszych wypowiedziach pojawiały się tylko te niemieckie słowa, które nie mają polskich odpowiedników albo mają nie do końca takie same znaczenie, takie jak nazwy potraw czy produktów spożywczych (np. Rote Grütze - owocowy deser przypominający kisiel z czerwonych owoców, Apfelschorle - sok jabłkowy zmieszany z wodą mineralną gazowaną), rzeczy związane z realiami życia tu (np. Hausaufgabenbetreuung - rodzaj świetlicy, gdzie dzieci odrabiają zadanie domowe z fachową opieką pedagogiczną) i inne (np. czasownik basteln -  który przetransformowałam na „bastlować”; wyraz nie do końca oznaczający majsterkowanie, prace ręczne, bardziej kreatywne tworzenie czegoś z różnych materiałów). Niestety, łapię się na tym, że do moich wypowiedzi wkradają się kalki językowe czy inne błędy (np. „Dzwoniłam do niego” zamiast „Zadzwoniłam do niego”), ale myślę, że póki jestem ich świadoma, nie jest tak źle. Zdarza nam się też sięgać po niemiecki w sytuacjach, gdy jakieś powiedzonko, słówko czy określenie w tym języku brzmi... jakoś tak fajniej. Tak jak na przykład Leckerli.


 
 Taka mieszanka? Unikamy!

Źródło: Internet


   (Mój) Polski w Niemczech


Całe moje życie i praca związane są z językiem w szerokim rozumieniu tego słowa, więc nic dziwnego, że jest on dla mnie kategorią bardzo ważną. Naturalnym jest dla mnie, że swoje myśli, pragnienia wyrażam właśnie po polsku, ponieważ jest to mój pierwszy język i w nim właśnie potrafię wszystko wyrazić najdosadniej, najprecyzyjniej i najzgrabniej. Z nim się identyfikuję i najłatwiej opowiada mi się właśnie po polsku.

Nie uważam siebie za osobę dwujęzyczną. Jeśli chodzi o to, to mam na tyle pokory, żeby stwierdzić, że jest to dla mnie proces wieloletni, a może nawet nieosiągalny. Fakt, że potrafię porozumieć się i zrozumieć większość przekazów, nie oznacza dla mnie jeszcze dwujęzyczności. 

To, w jakim języku śnię, też nie jest dla mnie dowodem biegłości językowej. Kiedy przyśni mi się rodzina z Polski, oczywiste jest, że rozmawiam z nią po polsku. Kiedy są to koleżanki z pracy - formułuję w snach niemieckie dialogi, bo przecież inaczej by mnie nie zrozumiały. Co więcej, zdarza mi się też słyszeć i mówić w snach po angielsku, choć nie znam tego języka aż tak dobrze i na co dzień nim się właściwie nie posługuję.

Jak już wspomniałam wcześniej, rozmawiamy z Mężem po polsku. Jeśli jesteśmy zmuszeni używać niemieckiego będąc wśród niemieckich znajomych, czujemy się bardzo nieswojo i dziwnie. „Kocham Cię” powiedziane lub napisane po niemiecku nie niesie ze sobą żadnego głębszego znaczenia. Podobnie jak czułe określenia zyskują sens, jeśli wyrazimy je w języku serca - a tym jest dla mnie polski. Ja myślę po polsku, mój Mąż po niemiecku. Zabawne, ale kiedy jesteśmy w grupie polskich przyjaciół, to ja jestem osobą, która więcej mówi, opowiada, żartuje. Wśród Niemców role się odwracają i to Mąż jest duszą towarzystwa. Jego głos i tempo mówienia jest też inne.

Nie wstydzimy się rozmawiać publicznie po polsku w sklepie, na spacerze itd. Znam jednak Polaków (nawet w kręgu własnej rodziny), którzy poza własnymi czterema ścianami po polsku tylko szepczą, przechodząc na niemiecki, gdy tylko pojawia się ktoś na horyzoncie. Albo mówią wyłącznie po niemiecku, nawet z błędami i w towarzystwie samych Polaków (tak, tak!). Często towarzyszy temu przekonanie: "Jestem w Niemczech, więc muszę (zawsze) mówić po niemiecku", "Teraz jestem Niemcem/Niemką", "Nie chcę się (negatywnie) wyróżniać - jako Polak, obcokrajowiec, inny, obcy, gorszy" etc. To standnard wśród starszego pokolenia, zwłaszcza w kręgach osób przybyłych ze Śląska w poprzednich dekadach, kiedy Polska rzeczywiście mogła kojarzyć się nie najlepiej.

Wiele z tych osób nieświadoma jest faktu, że i tak zdradza ich akcent i językowe potknięcia, więc i tak wyróżniać się będą. Poza tym: w Niemczech mieszka tylu obcokrajowców, że język obcy na ulicy czy w sklepie nie robi na nikim najmniejszego wrażenia! Często mam wrażenie, że to nasz typowo polski problem... Porównując, Włosi, Turcy czy Rosjanie nie mają skrupułów w tym względzie.

Spotykam się też z sytuacją diametralnie odmienną, a mianowicie z Polakami, którzy przed niemczyzną bronią się niemal rękami i nogami, pozostając nawet po ćwierć wieku mieszkania tutaj na poziomie podstawowym. Oglądają wyłącznie polską telewizję, polskie filmy, chodzą tylko na polskie imprezy, msze i do polskich lekarzy, obracają się jedynie w kręgu polskich znajomych. To także ślepy zaułek.


Kontakt z polszczyzną

Jeśli chodzi o polszczyznę mówioną, to nie mogę narzekać, mam z nią codzienny kontakt. Mówię po polsku w domu, będąc wśród znajomych. Nie mam polskiej telewizji ani radia, ale nie brak mi ich ani trochę (ale to w zasadzie materiał na inny post). Czytam na bieżąco polskie teksty w Internecie, prasę z pewnym opóźnieniem. Dużo też po polsku piszę. Ale bardzo brakuje mi obcowania z polską literaturą wyższych lotów. Nie mam dostępu do polskiej biblioteki. Czytanie powieści po polsku, zwłaszcza tych dziewiętnastowiecznych (nie tylko polskich, ale też przekładów, np. z literatury francuskiej), jest dla mnie jak prawdziwa uczta. Delektuję się niemal każdym zdaniem, połączeniami wyrazów, trafnością opisów, odkrywam dawno nieużywane przez siebie zwroty.

Czytam także po niemiecku, jednak jest to jakby pozbawione głębi, przeżyć językowo-estetycznych. Niemiecki tekst, choćby i był pióra Goethego, nie ma dla mnie wartości artystycznej, nie "czuję" go, to tylko zbitek słów - a czy pasują one idealnie do siebie, niosą określony ładunek emocji, nawiązują do tradycji, nie jestem w stanie ocenić. Przykład? Kiedyś natknęliśmy się w tekście na słowo mannigfaltig. Moj Mąż zachwycił się trafnością wyboru autora, ponieważ wyraz ten używany jest rzadko i, jak stwierdził, jest „elegancki”. Dla mnie to tylko „różnorodny”, „rozmaity” - i tyle...


  
Hmmm...

Źródło: Internet


Żarty i przekleństwa

Żartować potrafię w obu językach, jednak po polsku sprawia mi to więcej frajdy. Chętnie bawię się nie tylko słowami, ale też szykiem zdania, a niemiecki nie pozwala na to w takim stopniu jak polszczyzna. Wciąż zabieram się do osobnego postu o niemieckim poczuciu humoru (które, nawiasem mówiąc, odpowiada mi), więc nie będę rozwijać tu tego tematu. Co ciekawe, pisanie anegdotycznych tekstów o wiele łatwiej przychodzi mi po niemiecku niż po polsku. 


A co do przekleństw - język niemiecki nie może w tym względzie ani trochę konkurować z polskim. Niemieckie przekleństwa najcięższego kalibru to w zasadzie "gó..o" i "du..k". Młodzież chętnie sięga po zapożyczenia z angielskiego. Ogólnie przeklina się mało. Przekleństwa nie mają akceptacji społecznej ani przyzwolenia mediów (to według mnie też jedna z polsko-niemieckich różnic). 

Przed moimi oknami trwa właśnie budowa i Polacy są na niej najgłośniejszą grupą. Bez problemu mogę stwierdzić, że właśnie coś poszło nie tak („O k***!”) albo poszukiwany jest właśnie pan Tadek („Taaadek! Tadziuuu! K***aaa!). Ze smutkiem stwierdzam, że jak szewc przeklina też sporo przebywających w Niemczech Polek.

Przeklinać zdarza mi się w obu językach - po niemiecku jest to oczywiście wersja zupełnie light, „grubsze” sprawy wymagają użycia czegoś z polskiego repertuaru. ;) Na szczęście nie zdarza się to często i już na pewno nie publicznie!




Źródło: Internet


 Co ma niemiecki, a czego mi w polskim brakuje?


Mówiąc po polsku, bardzo mi brakuje niemieckiego odpowiednika Hallo. Jest to forma pośrednia między nieoficjalnym Servus, Hi a dość oficjalnym Guten Tag (dzień dobry) czy Guten Abend (dobry wieczór). Tych ostatnich używa się w zasadzie rzadko, a bywa, że w kombinacji z wyżej wymienionym Hallo.

Hallo mówi się bowiem niemal wszędzie i do wszystkich. Pozdrawia się tak sąsiadów, lekarza, listonosza, policjanta, sprzedawców w sklepie, nauczycieli, profesorów. Mówi się tak do dzieci, młodzieży i dorosłych, do staruszków, do nieznajomych, niezależnie od pory dnia. Jest to bardzo miłe i ułatwia nawiązanie kontaktu, przełamuje lody, jest wyrazem uprzejmości i towarzyszy człowiekowi niemal na każdym kroku. Tak zaczyna się też rozmowy telefoniczne i mejle, jeśli nie są one bardzo poważne czy baaardzo służbowe.

Mam też wrażenie, że Hallo zrównuje ona status mówiących: nie ważne, kto powie pierwszy, starszy czy młodszy, kobieta czy mężczyzna. Wszystkie konfiguracje są dozwolone i akceptowalne. Do czasu, kiedy nie zetknęłam się z Hallo nie zdawałam sobie nawet sprawy, jak bardzo wpływa ono na ocieplenie stosunków międzyludzkich.

Dlaczego?

Bo pozdrowieniu zazwyczaj towarzyszy uśmiech, spojrzenie w swoją stronę, często krótka wymiana zdań, mały żarcik, komplement, coś w tym stylu.  W Polsce mamy do wyboru albo „cześć”, albo sztywne „dzień dobry”, czegoś pomiędzy... brak. Przykładowo: Jak mam (i czy w ogóle mam?) w pozdrowić spotkaną na korytarzu hotelowym osobę w moim wieku (około trzydziestki), której nie znam? Przecież nie wypalę z „dzień dobry”, bo to drętwo jakoś, a „cześć” też nie pasuje, bo się nie znamy i nie spoufalamy. Więc najczęściej mijamy się bez słowa, czyż nie? Nic dziwnego, że będącym w Polsce obcokrajowcom wydaje się często (a może rzeczywiście jest coś na rzeczy?), że Polacy mało się uśmiechają, są wobec siebie obojętni, zamknięci w sobie. Zawsze tłumaczę odwiedzającym mnie Polakom z Polski, żeby nie szczędzili Hallo, na co reagują zazwyczaj zdziwieniem.


 Źródło: Internet


Są też sytuacje odwrotne. Mój wujek, od blisko czterdziestu lat zamieszkały w Niemczech i przyzwyczajony do częstego pozdrawiania się, ma w zwyczaju na każdym spacerze w Polsce pozdrawiać mijanych przechodniów i zagadywać ich. Gdyby z ich min powstała galeria, byłoby w niej pełno zaskoczonych min („Co to za dziwak?”, „Znamy się?!”), od zdezorientowanych do podejrzliwych („Czego ten facet ode mnie chce?!”).


Rolada w oknie?!



Rouladen...

Źródło: Internet


... i Rolladen

Źródło: Internet

Co do zabawnych sytuacji językowych, to nie przypominam sobie zbyt wielu, chyba dlatego, że trafiłam do Niemiec już z dość dobrą znajomością języka. Ale o jednej pamiętam do dziś - dotyczyła ona rolet (Rolladen), które w moim wypowiedzi przekręciłam na... rolady (Rouladen). :)


Serdeczne pozdrowienia z Niemiec! 

Kommentare:

  1. Hallo jest słowem tak mocno we mnie wbitym, że dopiero teraz uświadomiłam sobie, że w Pl nie jest to takie oczywiste, choć ja to słowo nagminnie używam.

    AntwortenLöschen
  2. Ten niemiecki nie jest taki zły jak się okazuje z Twojego posta... nigdy nie miałam okazji się go uczyć, ale zawsze wzbudzał we mnie nieciekawe emocje. Dziękuję Ci za przybliżenie pewnych spraw. Pozdrawiam, makowa pani

    AntwortenLöschen
  3. Wow, świetny post! To niesamowite, jak bardzo podobnie odbieramy niemiecki i życie w Niemczech! Ja wprawdzie już od ponad dwóch lat nie mieszkam w Niemczech, tylko w Holandii, ale wciąż tęsknię za moim Heimatem, czyli Stuttgartem. I za znajomym językiem i mentalnością. Szkoda, że się nie poznałyśmy, gdy jeszcze tam mieszkałam.

    Ja też lubię niemiecki i wcale nie uważam, że brzmi twardo. Też myślę, że takie odczuwanie jest uwarunkowane wychowaniem na polskich filmach wojennych. Jak się zna tylko zwroty typu "Haende hoch!", "Los" i "Raus", to tak właśnie się myśli - vide pan poseł Protasiewicz rozmawiający ze strażą graniczną na lotnisku. Lubię nawet szwabski, chociaż nigdy nie nauczyłam się go na tyle, żeby rozmawiać. Tyle że z grubsza rozumiem. Ale już moja córka trochę szwabską wymowę miała. Cóż robić, i w przedszkolu i w szkole nauczycielki miały strasznie silny akcent.Pamiętam, że po przeprowadzce z Wuerzburga do Stuttgartu w czasie pierwszej rozmowy w przedszkolu napotkałam na kilka słów, których w ogóle nie zrozumiałam. A pani wychowawczyni nie umiała ich przetłumaczyć na Hochdeutsch.
    Kilka szczegółów: gell jest popularne nie tylko w BW, również w Bawarii. W Wuerzburgu było o wiele bardziej nadużywane, co strasznie mnie raziło, zwłaszcza w wykonaniu trzylatków. Słowo "bastelować" pozostało z nami do tej pory, chociaż dziś używamy również "knutselować" - to z holenderskiego. Chociaż też nie lubię mieszania języków w jednej wypowiedzi, tego po prostu nie da się przetłumaczyć. Do dziś nie znam polskiego odpowiednika!
    A co do czytania literatury: w moim poście z tego cyklu (na allochtonka.blogspot.com) napisałam o mojej pierwszej przeczytanej po niemiecku książce. Dla mnie była to zabawna sytuacja.

    Ojej, ale się rozmarzyłam po tym Twoim poście. Nostalgia...
    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    AntwortenLöschen
    Antworten
    1. Dziękuję wszystkim za miłe komentarze!

      Co do "gell", to zetknęłam się z nim po raz 1. właśnie na Bawarii. Pamiętam, że w Polsce bardzo raziło mnie przyzwyczajenie niektórych osób do "co nie?" albo "no nie?". Ale "ge?" (bo tak jest wymawiane w moich okolicach) jakoś mnie nie razi... :) W mojej branży (edukacyjnej) nagminnie słyszę to nie tyle u dzieci, ile u pedagogów, chyba na zasadzie "upewniania się", czy małoletni odbiorca komunikatu właściwie go zrozumiał... ;)

      Löschen
    2. 'co nie?' to bardzo mazowiecko/warszawskie jest z moich stron :^) ... ale Anglicy też lubą się w podobnych 'dodatkach' :^)

      Löschen
    3. "Ge" jest też popularne w Austrii. :)

      Löschen
  4. bardzo ciekawa notka .. tak wiele się dowiedziałem z zaciekawieniem .. rzeczywiście brzmnienie języka jakoś mnie specjalnie nie pociąga w porównaniu z portugalskim, który na mnie bardzo działa ale chciałbym kiedyś nauczyć się niemieckiego by choć troszkę czytać Rilke .. no i przyznam, że przydałby się także w mojej pracy (od czasu do czasu pracuję nad projektami w Niemczech) choć angielski jest bardzo powszechny w mojej branży. Zrozumiałem, że mieszkasz gdzieś w Baden-Württemberg .. odwiedziłem tylko Heidelberg tam ale miasto przepiękne jest

    serdeczne pozdrawiam :^)

    AntwortenLöschen
    Antworten
    1. Dziękuję za odwiedziny na blogu! Mieszkałam kilka lat temu parę kilometrów od Heidelbergu, ale obecnie w innych stronach. Niestety, miasto nie skradło mojego serca, jakoś tak klaustrofobicznie tam było, ze względu na te wzgórza po obu stronach... Ale tak to już chyba z Heidelbergiem jest - albo się kocha, albo nienawidzi! ;)

      Pozdrawiam

      Löschen
  5. Z tym dzień dobry to wcale nie jest tak drętwo. Ja się tak witam praktycznie z każdym, a już w ogóle z nowo poznaną osobą, nawet w moim wieku. Z przyjaciółkami też mówimy sobie dzień dobry, jakoś tak dziwnie powiedzieć im cześć. Moim zdaniem dzień dobry ma zastosowanie zarówno oficjalne jak i nieoficjalne. Myślę, że stopień relacji określany jest przez wiele innych czynników, a nie słówko jakim się witamy. Choć przyznaję, że czasem spotykam się ze zdziwieniem ze strony nowo poznanych osób, gdy mówię im dzień dobry zamiast hej (cześć jest chyba już w ogóle rzadko używane?), ale z drugiej strony często spotykam się też z brakiem zdziwienia i najzwyczajniejszym dzień dobry kierowanym również w moją stronę. Wszystko zależy od człowieka ;) A odpowiednikiem niemieckiego Hallo uznałabym polskie Witam. Nie jest tak oficjalne jak Dzień Dobry ani tak poufałe jak Siema czy Hej.

    AntwortenLöschen
    Antworten
    1. Jestem po 30., a nie znam nikogo w moim wieku, kilka lat starszego bądź młodszego, kto witałby się ze znanymi sobie rówieśnikami "dzień dobry". Gdybym powitała tak koleżanki, to myślę, że chyba popukałyby się w głowę ;) Ze starszymi osobami, a nowo poznanymi szczególnie, to co innego. Ale naturalnie zależy to od wielu czynników.

      "Cześć" ma się moim zdaniem dobrze, choć ja jestem fanką "Hej" :)

      Co do "witam" i "hallo", to w pierwszej wersji notki nawet o tym napisałam, ale potem stwierdziłam, że nie będę przedłużać i tak już długiego tekstu, może poświęcę temu kiedyś osobny wpis.

      "Witam" stosuję nagminnie w korespondencji mejlowej (w mowie raczej nie używam), bo istotnie, jest dla mnie jakby odpowiednikiem niemieckiego "hallo". Debaty polskich językoznawców i "ekspertów" na temat tego, czy "witam" jest w ogóle dopuszczalne w tym kontekście (a nie, jak do tej pory, zarezerwowane do witania się gospodarza z gośćmi) tyko mnie śmieszą.

      Löschen
    2. Ja muszę powiedzieć, że wcale dla mnie Hallo takie oczywiste nie jest. Jednak w Niemczech, zwłaszcza na południu, wiele osób, zwłaszcza starszych oraz w sytuacjach oficjalnych mówi Guten Morgen, Guten Tag a nawet Gruess Gott. Ja też mam zwyczaj tak zaczynać, o ile kogoś nie znam i nie wiem jak zareaguje. Staroświecka jestem... Ale chyba nie tylko ja. W moim instytucie sakramentalnym powitaniem było zawsze Morgeeee, pomimo średniej wieku 28-30.

      Löschen
    3. Ja jakoś bronię się przed "Grüß Gott", za wyjątkiem pozdrawiania tak osób duchownych. ;) Nawet jeśli ktoś mnie tak pozdrawia, odpowiadam zgodnie z własnymi przyzwyczajeniami. Mój kolega przywiózł na Bawarię swoje "Moin" i używa tego z żelazną konsekwencją. Nigdy też nie pozdrawiam np. "Mahlzeit".

      Löschen
    4. Tak mi się przypomniała sytuacja sprzed roku, kiedy to dopiero co poznana osoba w moim wieku zwracała się do mnie per pani. Przeżyłam lekki szok, bo sama zaczęłam mówić mu po imieniu, mieliśmy przecież po 19 lat :o
      A dzień dobry do znajomych będę mimo wszystko bronić. Może nie wszędzie tak jest, wiadomo ludzie są różni, ale osoby z którymi się tak witam nie są szczególnie zdziwione. Chociażby dzisiaj poznałam 2 osoby i żadna z nich nie wykazała zdziwienia, tylko zwyczajnie odpowiedziała, obie w moim wieku ;) Koleżankom rano przed zajęciami też mówię dzień dobry... Gdy tak się nad tym zastanawiam to myślę, że jest to pewna forma wyrażania szacunku. Oczywiście rozumiem i szanuję używanie innych zwrotów, jednak to dzień dobry... no wydaje mi się najodpowiedniejsze.

      Löschen
  6. witam,
    w pl odpowiednikiem hallo nazwałabym właśnie słówko "witam". zdarza mi się go używać względem osób bliżej nie znanych, do granicy wieku w której wypada już użyć - dzień dobry, choć wiem, że do częstotliwości niemieckiego hallo mu daleko :) Bardzo interesujący post, z przyjemnością go przeczytałam, sporo trafnych uwag. Sama właśnie mierzę się z językiem niemieckim, wkrótce wyjadę na dłuższy czas do Niemiec, do Szwabii dokładnie. Więc z kursem językowym walczę o przypomnienie sobie umiejętności jeszcze z czasów liceum. Boję się bardzo, zwłaszcza gwary właśnie. Ale trzeba będzie się przełamać.
    Ja mam bardzo pozytywną opinię o niemieckiej mentalności, bardzo miłe jest że są oni bardzo otwarci na innych ludzi - w końcu rzucić "hallo" i uśmiechnąć się do obcego człowieka nie wiele kosztuje a jakże uprzyjemnia koegzystowanie międzyludzkie. Ale zanim pierwszy raz postawiłam stopę na niemieckiej ziemi sama miałam opinię, że wśród narodów europejskich niemcy są sztywni. Dziś już tak nie myślę ale z taka opinią spotykam się wśród znajomych, ludzi którzy w głównej mierze naród niemiecki znają właśnie ze starych filmów i współczesnych satyr.
    Język obcy nigdy nie jest łatwy a już tym bardziej gdy realną styczność z nim mamy dopiero jako osoby dorosłe. Ubolewam nad tym że w języku nieojczystym nigdy nie będę tak swobodna, a moje wypowiedzi nawet po wielu latach tam spędzonych będą na poziomie co najwyżej niemieckiego licealisty. Ale trzeba się z tym pogodzić że zawsze będziemy migrantami. Na pocieszanie, dotyczy to nie tylko Polaków ale każdej narodowości :)

    AntwortenLöschen
    Antworten
    1. Dziękuję za komentarz! Nie bój się gwary, jeśli nie wylądujesz na jakiejś wiosce, gdzie diabeł mówi dobranoc albo wśród starszych ludzi, to naprawdę nie ma z tym takiego problemu. :) Pozdrawiam

      Löschen
  7. Witam! Tez jestem leciutko po 30tce. Mieszkalam i studiowalam w Hannoverze, a teraz mieszkam od kilku lat w B. Wuerttenberg.
    Interesujaca jest ten Twoj post. Faktycznie panuje powszechne przekonanie, ze niemiecki jest jezykiem twardym. Kiedys nawet ktos w Polsce zwrocil mi uwage, ze za miekko wymawiam niemieckie slowa :-)
    Szwabski byl na poczatku dla mnie strasznie trudny. Teraz go rozumiem, jednak jesli ktos uzywa go umiarkowanie tzn. gramatyka, koncowki etc. Starsi ludzie, uzywaja "szwabskich" rzeczownikow. ktore sa zupelnie inne niz w standardowym niemieckim. W takiej sytuacji tez tylko kiwam glowa :-)
    Z jednym punktem sie nie zgodze, mianowicie wymowa "ch" przez Polakow.
    Nie zawsze wymawia sie to jako "ś "np. kochen, lachen etc., ale jest kilka takich wyrazow gdzie wymowa jest zblizona do polskiego ś np. Maedchen, laecheln, ich,. Pozdrawiam z okolic Ulm
    Magda

    AntwortenLöschen
    Antworten
    1. Spotykam Polaków, którzy wymawiają niemieckie "ch" normalnie, ale też bardzo wielu, którzy bezlitośnie je masakrują. O takich przykładach jak "kochen" czy "Kuchen" nie myślę, bo to oczywiście inna bajka (choć tu też łatwo rozpoznać rodaka, ale po tym wyraźnym "-en" z kolei). Wymowa przypominająca "ś" może i występuje w niektórych niemieckich dialektach (szwabski się do nich na pwno nie zalicza) czy slangu, ale tak naprawdę "ch" w Hochdeutsch bliżej jest do miękkiego polskiego "chi/hi", jak w wyrazach "chirurg", "hiena" czy "chichot" niż do "ś". Każdy, kto ma jako taki słuch muzyczny to wyłapie. Nie rozumiem więc polskiej wymowy "Münśen" czy "iś", "vierziś", "siebziś", skoro osiągnięcie miękkiego "ch" nie jest dla naszych buź nieosiągalne. ... Brrr.

      Pozdrawiam z samego miasta wielkiej wieży i krzywego domu! ;)

      Löschen
  8. Nino, serdecznemojeppdziekowania za ten post! :)
    Niesamowicie opisujesz jezyk i Twoje z nim doswiadczenia! Gratuluje otwartosci na niemiecki i ogromnej milosci do polskiego zarazem.
    Pozdrawiam Cie bardzo serdecznie

    AntwortenLöschen
  9. Swietny post. W wiekszosci moje przemyslenia i obserwacje pokrywaja sie z twoimi: Mieszanie jezykow, wstydliwe uzywanie jezyka polskiego; ale rowniez opis jezyka niemieckiego.
    Pozdrawianie ludzi na ulicy - to kwestia mentalnosci. Na poczatku zawsze sie dziwililam, ze obcy ludzie mnie pozdrawiaja. Jedna pani zas oburzyla sie, ze JA pierwsza ludzi nie pozdrawiam i z wyrzutem w glosie mnie o to zagadala. Ja jej na to, ze przeciez jej nie znam. Nie szkodzi! Dobre wychowanie wymaga, zeby pozdrawiac ludzi ;o) Mojej mamie te pozdrawiania i zaczepiania na ulicy bardzo sie spodobaly. I faktycznie zbliza to jakos ludzi. Tak jak ogolne zaangazowanie ludzi w hmmm... Vereine :D
    W Polsce kazdy sobie rzepke skrobie, a w Niemczech zawsze sie cos dzieje, cos sie organizuje, ludzie potrafia sie spotkac, poswietowac...
    W dialekcie (uwaga slowotworstwo!?) frankijsko-mezelanckim (i mysl teraz czlowieku, o co jej chodzi!) jest co nieco z dialektu szwabskiego :D Gelle, schaffen... Az sie usmiechnelam, jak przeczytalam o tych perypetiach dialektowych :)

    AntwortenLöschen
  10. Wreszcie ktoś, to też lubi brzmienie języka niemieckiego! :) Do tej pory cały czas na moje stwierdzenie, że niemiecki ma fajny akcent, ludzie reagowali politowaniem.

    Bardzo ciekawy post. Pozdrawiam!

    AntwortenLöschen
  11. Dzisiaj przeglądnęłam Twojego bloga i jestem pod wielkim wrażeniem. Zacznę czytać notki dokładnie i komentować. Pozdrawiam

    AntwortenLöschen
  12. Bardzo ciekawy post :) Co do spotkania na schodach w hiotelu to zawsze " dzień dobry" - bo się tak naprawdę nie znamy i cześć jest nie na miejscu. "Witam" w mejlu jest przez część społeczeństwa odbierana jako brak ogłady i znajomości form listownych - bo mejl jest listem elektronicznym. Noe tylko przez p. Michała Rusinka :) Moim zdaniem słówko to w listach stanie się za jakiś czas standardem. Zgadzam się natomiast z tym, że niektóre słowa niem.ciężko zastąpić. Brakuje mi smaku Rote Grütze,zwłaszcza w lodach... Pozdrawiam z PL,Ania

    AntwortenLöschen
    Antworten
    1. Realia są takie, że tego "dzień dobry" mało kto w takiej sytuacji użyje - i tak dobrze, jeśli wymijaniu się będzie towarzyszył uśmiech czy spojrzenie w swoją stronę!

      Mejle mogą być różne - oficjalne, półoficjalne, prywatne; wiele moich w ogóle już nie przypomina listów, tylko krótkie komunikaty, na dodatek częściej zdarza mi się (i pewnie nie tylko mnie), że piszę dłuższe wiadomości na czacie czy w formularzu na stronie - i nieco sztywne byłoby rygorystyczne przestrzeganie epistolarnych norm. :) Ale wydaje mi się, że osoby, które w naszym kraju uznane są za autorytety w kwestiach językowych i poprawnościowych wciąż są nieco na bakier z nowinkami tego typu i nie nadążają za tym wszystkim.

      Przeciętny zjadacz chleba nie zastanawia się w każdym razie, czy "witam" jest zarezerwowane tylko dla gospodarza czy nie. Sama o tym dowiedziałam się z prasy. ;)

      Ciekawi mnie też jedno: skoro takie oburzenie dotknęło owo nieszczęsne "Witam", to czemu nikt nie dyskutuje np. z formą "Witaj, Kasiu!"? "Witam" drażni, bo wskazuje rzekomo na wyższość osoby, która to wypowiada i interpretowane jest dosłownie. Czy w tym przypadku też tak jest? Kogo w takim razie ma witać Kasia? I dlaczego wydaję jej polecenia? ;)

      Löschen
  13. Bardzo fajny wpis. Jak widać każdy język ma swoje małe językowe problemy.

    AntwortenLöschen
  14. Mieszkam w okolicy Heidelbergu I tutaj na rolety w oknach mówi się " Rollos". Pozdrawiam

    AntwortenLöschen
  15. Z tym "ch" możnaby dyskutować. Osobiście mam książkę z kursem języka niemieckiego, gdzie Deucher wymawia ją jako "ś" na dołączonej do kursu płycie audio (ich, dich, sich...), więc wszystko zależy od dialektu. To samo z liczbami (zwancig, dreizig itd), na mojej płycie jest "ś", w szkole mam inną książkę z płytą, gdzie mówią "ch", zaś znajomi w Niemczech wymawiają "k". Można powiedzieć do wyboru, do koloru... Pozdrawiam Kamil

    AntwortenLöschen